sobota, 11 września 2021

Spotkanie z Królową Brenty - ferrata Bocchette Alte

Wędrówkę rozpoczęliśmy znów około 5:00 i znaną już trasą ruszyliśmy w kierunku schroniska Tuckett. Kiedy nastał świt okazało się, że dzień nie jest tak ładny jak poprzedni. Dolina była spowita mgłą, z rzadka jedynie odsłaniały się szczyty. 


Pojawiło się w nas wahanie czy decydować się na wymagającą Altę czy nie wybrać raczej SOSAT. w Tuckecie, wypiliśmy kawę, zasięgnęliśmy informacji pogodowych i uspokojeni (good weather, you can go) ruszyliśmy w kierunku przełęczy Bocca Del Tuckett. 

Mimo prognoz chmury nie rozwiały się, ale wybór ferraty okazał się trafiony. Bocchetta Alta prowadzi w większości nasłonecznioną ścianą w odróżnieniu od zacienionej SOSAT. W warunkach zachmurzenia było to o tyle korzystne, że w każdym zacienionym załomie skały były mokre co utrudniało wspinaczkę. Mimo chmur czuliśmy obecność promieni słońca. 

Po 20 minutach marszu dotarliśmy do niewielkiego lodowca Vedretta di Tuckett). Podobnie jak dzień wcześniej 100 metrów śniegu pokonaliśmy bez raczków korzystając z wydeptanych śladów, a w trudniejszych momentach z krawędziowania. Oczywiście raczki na pewno dałyby nam większe poczucie bezpieczeństwa i zdecydowanie polecamy ich użycie! 

Ferrata rozpoczyna się bezpośrednio z przełęczy i po skałach prowadzi ostro do góry. W odróżnieniu od Bocchette Centrali trzeba czasami użyć rąk aby ustabilizować postawę lub wdrapać się na skałę. Nie jest potrzebne użycie dużej siły - ręce służą do stabilizacji, a nie do podciągania. Dalej szlak prowadzi na trawers Cima Brenta. Poziom trudność jest wyraźnie większy niż na Centrale, ale nie wymaga umiejętności wspinaczkowych. Na całej ferracie jest gdzie postawić stopę, chociaż często nie są to skalne półki jak na Centrale, a jedynie wąskie załomy skalne. Co do ekspozycji i powietrzności ferraty nie możemy więcej napisać ponieważ za plecami przez większość drogi mieliśmy chmury, co sądząc po opisach przewodnikowych było sporym ułatwieniem. Chcemy też podkreślić, że wszystkie eksponowane miejsca są ubezpieczone. Ferrata przeszła generalny remont latem 2020.

Po pokonaniu półek skalnych docieramy do dość szerokiej platformy i spotykamy dwójkę turystów, którzy wyprzedzili nas w ostatniej godzinie. 

Po chwili odpoczynku ruszamy dalej. Najpierw szlakiem, potem ferratą w dół aż do drabiny prowadzącej na Spallone di Massodi. Osiągamy plateau i idziemy bardzo dobrze oznaczonym szlakiem. Po chwili zaczynamy strome zejście z góry. 

Jako, że od czasu do czasu zerkałem na mapę, zauważyłem, że wg GPS zeszliśmy ze szlaku. Z mapy wynikało, że nie zauważyliśmy rozejścia szlaków na grzbiecie Spallone. Mimo pewności co do podążania za oznaczeniami postanowiliśmy wrócić do miejsca rozgałęzienia. Po drodze w górę szczęśliwie spotkaliśmy dwójkę doskonale przygotowanych Niemców korzystających z innych map. Według ich urządzeń byliśmy na dobrym szlaku. Jako że korzystali z oficjalnych, płatnych map i schematów ruszyliśmy z nimi na dół. Okazało się to dobrym wyborem. 

Po powrocie do domu analizowałem mapy ferraty w tym miejscu i oto efekty analizy: 

Na zielono przebieg feratty na tle szlaku. Widać wyraźnie rozgałęzienie szlaku i dodatkową, ślepą odnogę. My korzystaliśmy z OSM Outdoors i aplikacji Soviet Military Maps, ale sprawdziłem wszystkie mapy dostępne w aplikacjach SMM oraz OutdoorActive i błąd występuje na większości z nich. Wyjątkiem jest część płatnych map z OA. Najlepiej wygląda to na nakładce OutdoorActive:

Nie wiemy dlaczego mapy są błędne. Być może jest to wynik wspomnianego wcześniej remontu ferraty. 

Schodząc w dół trafiamy na pierwsze drabiny sławnego komina lodowego. W przewodniku Tkaczyka czytamy, że w przypadku złych warunków w tym miejscu należy się wrócić (po 4 godzinach trudnej ferraty!). Nam nasuwa się jednak myśl, że w przypadku brak pewności co do warunków należy zacząć ferratę podchodząc z Alimonte. Komin lodowy jest wówczas pierwszym odcinkiem ferraty i znajduje się około 20-30 minut od schroniska. 

Drabiny prowadzą do rozejścia się szlaków.  Jedna trasa wyraźnie kieruje do schroniska Alimonte. Jest to wariant O.Detassis. Druga natomiast kieruje na Bocca degli Armi. 

Jako że mapa raz już nas zawiodła, opis Tkaczyka był niedokładny, a na tablicy przy rozejściu szlaków drogę do Alimonte oznaczono tylko na tablicy kierującej na ferratę Oliva Detassis zdecydowaliśmy się na ten właśnie wariant. Z tego miejsca ferrata prowadzi wymagającymi (długie, często pionowe) drabinami w dół. W naszej ocenie pokonanie drabin było najbardziej wymagającą częścią szlaku, tym bardziej, że był to ostatni etap i zmęczenie dawało się już we znaki. Bardzo pomogło nam doświadczenie drabinowe zdobyte na ferracie dell Amicizzia. 

Po dotarciu na piarg pakujemy sprzęt ferratowy do plecaków i lewą stroną doliny obchodzimy masyw górski. Szlak prowadzi wprawdzie niżej w dół, ale większość turystów podąża skalistym terenem bezpośrednio do Alimonte. Schroniska nie widać aż do ostatniego momentu, ale jego lokalizację wskazuje mapa oraz przebieg widocznej kolejki towarowej.
Po 15-20 minutach marszu zamawiamy kawę w Alimonte. Ciekawostką jest fakt, że prosząc o kawę americano dostanie się tutaj niestety kawę rozpuszczalną...

Kończąc.
Korzystając ze skali trudności Tkaczyka oceniamy tą ferratę podobnie jak autor przewodnika. Jest to ferrata trudna, ale nie wymagająca umiejętności wspinaczkowych. Podkreślamy to ponieważ serwis BergFex podaje trudność tego ferraty nawet na poziom E, co wydaje się mocno przeszacowane.